NOTAPZ – czyli droga przez współistnienie

Pióro wieczne i papier

Czym różni się tolerancja od akceptacji? Czy można powiedzieć, że jesteśmy tolerancyjni, ale nie pozwalamy na coś? Czy warto walczyć o tolerancję?

Tolerancję i Akceptację próbuje się definiować na wiele sposobów. Ich znaczenie ulega ewolucji, w miarę jak zmienia się pojmowanie przez nas świata. Najkrótszą drogą do zrozumienia różnic jest sięgnięcie do źródłosłowu. Tolerancję najprościej tłumaczy się jako „wyrozumiałość”, akceptację zaś jako „przyzwolenie”. Jak to jednak wygląda w praktyce?

NOTAPZ –  A co to za dziwoląg?

Podczas wielu konferencji poświęconych zjawisku dyskryminacji próbowaliśmy interpretować zachodzące zjawiska dotyczące braku tolerancji, lub działań antydyskryminacyjnych. Na potrzeby tych konferencji, podczas pracy z Biurem Pełnomocnika Rządu do Spraw Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn, opracowaliśmy system pojęciowy określany skrótem NOTAPZ. Miał on ogólnikowo określać drogę, jaką przebywa człowiek lub grupa społeczna w drodze od całkowitego braku przyzwolenia na działanie jakiejś cechy, aż po zaangażowanie w jej obronę. Oczywiście systemu tego nie da się przyłożyć do każdego zjawiska i nie jest on idealny, ale na potrzeby ogólnego zorientowania się w procesach społecznych, w zupełności wystarcza.

W tekście tym, chciałbym przybliżyć czytelnikom ten system i wynikające z niego zależności. Omówię go na przykładzie wszystkim nam chyba bliskim, czyli relacji sąsiedzkich. Wyobraźmy sobie zatem, że do naszego bloku wprowadza się nowy lokator. Po kilku dniach zauważamy, że codziennie, przynajmniej 4 godziny gra on na puzonie.  W dodatku gra muzykę klasyczną, podczas kiedy my lubimy tylko jazz. Naszą pierwszą reakcją będzie zatem myśl: „Ten facet nie ma prawa zakłócać mi spokoju. Powinno się mu tego zakazać”.  Jesteśmy gotowi pisać protest do administracji, wzywać policję, a nawet podpisać się pod apelem o eksmisję.

Będzie to pierwszy etap na naszej drodze, czyli

Nietolerancja.

Nie znamy naszego sąsiada. Nie wiemy, dlaczego tak usilnie gra codziennie przez cztery godziny muzykę klasyczną, której nie lubimy. W zasadzie poza tym, że istnienie i jego zachowanie jest różne od naszego, nie wiemy o nim nic. Dlaczego zatem protestujemy?

Wiele przejawów nietolerancji bierze się z niewiedzy. Brak wiedzy budzi w nas niepokój, czasami lęk, a to z kolei jest prostą drogą do agresji. Odrzucając rzeczy nam nie znane, zamykamy się często w skorupach własnych uprzedzeń i stereotypów, przez co sami się pozbawiamy możliwości zmiany postawy. Najczęściej szukamy wtedy argumentów popierających nasze tezy, ignorując lub niedopuszczając do siebie argumentów przeciwnej strony. Dyskusje na takim etapie są zazwyczaj bardzo emocjonalne i mało mają wspólnego z debatą czy poważną dysputą. Nietolerancja jest bardzo szerokim zjawiskiem i można ją definiować od prozaicznego sprzeciwu aż po bezprecedensowej agresji. Od niej prowadzą dwie drogi. Albo będziemy ją w sobie pielęgnować, co nieuchronnie przerodzi się w agresję, szkodzącą i nam i obiektowi nietolerowanemu, albo zmienimy nastawienie, przechodząc od nietolerancji do obojętności.

Obojętność.

Nasz sąsiad dalej codziennie gra na puzonie nielubiane przez nas kawałki muzyki klasycznej. Mieszka z nami jednak już na tyle długo, że po prostu zaczynamy się do niego przyzwyczajać. Widujemy go na korytarzu, mówimy dzień dobry, ale nadal nie chcemy mieć z nim nic wspólnego. Nadal uważamy, że jego zachowanie jest nie do przyjęcia. Chcielibyśmy aby przestał grać nam na nerwach. Na pytanie jednak, czy podpiszemy list protestacyjny, odpowiadamy żeby dali nam święty spokój, bo mamy ważniejsze problemy niż zajmowanie się wariatem grającym na puzonie. Jak ktoś go usunie, nie zmartwimy się, ale nie będziemy też nic w tej sprawie robić.

Obojętność jest bardzo bliska do tolerancji, ale czegoś jej jeszcze brakuje.

Tolerancja

Poznaliśmy już naszego sąsiada. Podczas zdawkowych rozmów z nim na korytarzu, dowiedzieliśmy się, że jest muzykiem zawodowym. Gra w jedynej w naszym mieście filharmonii i musi codziennie ćwiczyć. Jego muzyka nadal nam się nie podoba, przeszkadzają nam jego próby, ale posiadając już jakąś wiedzę na jego temat, traktujemy to z wyrozumiałością. Przyjmujemy do wiadomości, że taki człowiek jest naszym sąsiadem, ma swoją pracę, poglądy i potrzeby. Gdyby jednak chciał zwiększyć ilość prób, przyjelibyśmy to z niesmakiem. Kiedy przyszedł do nas prosząc o poparcie jego pomysłu zorganizowania koncertu dla mieszkańców osiedla, nie podpisaliśmy się, tłumacząc że jak ktoś chce posłuchać muzyki klasycznej, może pójść do filharmonii. Nie podpisaliśmy jednak także listu, w którym nasz inny krewki sąsiad domagał się zakazania tego koncertu. Uznaliśmy bowiem, że jeżeli znajdą się wielbiciele takiej muzyki, to niech sobie zorganizują taki koncert. To przecież ich prawo. Nas w każdym razie wołami na ten koncert nie zaciągną.

Akceptacja – kolejny krok

Pewnego dnia nasz sąsiad – muzyk pochwalił się nam podczas spotkania na korytarzu, że jego zespół wygrał prestiżowy konkurs muzyczny. Niby nas to nie dotyczy, ale poczuliśmy się przez chwilę dumni, że mamy takiego sąsiada. Przez kilka kolejnych dni z zainteresowaniem śledziliśmy informacje w mediach na ten temat i doszliśmy do wniosku, że warto byłoby przejść się do filharmonii, posłuchać koncertu. Oczywiście nadal pozostaliśmy wielbicielami jazzu, ale chcemy się dowiedzieć czegoś więcej o tym, kim jest nasz sąsiad, oraz dlaczego muzyka klasyczna jest dla niego taka ważna. Przypadkowe spotkania na korytarzu, rozmowy i dyskusje powodują, że zaczynamy rozumieć jego miłość do muzyki.

Z czasem nasz stosunek do niego zmienia się całkowicie. Popieramy jego pasje. Zaczynamy uważać, że muzyka klasyczna jest równie ważna co jazz i skoro są ludzie którzy chcą jej słuchać, muszą mieć do tego prawo. Chętnie poprzemy projekt zorganizowania koncertu na naszym osiedlu i w ostrych słowach odrzucimy propozycję by go zakazać. „Przecież muzycy klasyczni to tacy sami ludzie, jak my” – myślimy.

Jednak cała ta sprawa nadal nas nie dotyczy. Mamy swoje kluby jazzowe, swoją muzykę i swoje poglądy. Owszem jesteśmy zdania, że inna muzyka powinna mieć te same prawa co nasza, ale nie będziemy się angażować w jej obronę. To nadal nie jest nasza sprawa. Stanie się naszą, kiedy przejdziemy kolejny etap współistnienia.

Pozytywne Zaangażowanie

Nasz sąsiad przyszedł do nas ze zmartwioną miną. Okazało się, że władze miasta chcą zamknąć jedyną filharmonię i w jej miejsce otworzyć kolejny w mieście klub jazzowy. W dodatku, administracja naszego osiedla odwołała koncert muzyki klasycznej, bo kilu sąsiadów (w tym nasz krewki opisywany wcześniej) stanowczo się mu sprzeciwiała.

Reagujemy oburzeniem. Pomagamy naszemu muzykowi napisać list protestacyjny, włączamy się w organizację pikiety pod ratuszem, projektujemy ulotki i stronę internetową. Angażujemy się w walkę o prawa muzyków klasycznych. I nagle zdajemy sobie sprawę, że przecież walczymy o coś, co nas nie dotyczy. Nadal z uwielbieniem słuchamy jazzu, a w filharmonii byliśmy raz w życiu, i to bardziej z ciekawości niż z chęci. Zdajemy sobie sprawę, że zaangażowaliśmy się w walkę o prawa innej grupy, całkowicie od nas różnej. Dlaczego?

Bo po długim okresie poznawania tej grupy, stało się dla nas jasne, że poza gustem muzycznym, niczym się od nas ona nie różni. Że, jeżeli chcemy sami być pełnoprawnymi uczestnikami życia publicznego, musimy się zaangażować w walkę o prawa innych. I angażujemy się…dla dobra wspólnego.

I co z tego wynika?

Opisaną przeze mnie sytuację można podciągnąć pod dowolny przykład odmiennych poglądów. Podobnie będzie bowiem wyglądała nasza droga w stosunku do dowolnej mniejszości. Czy zawsze będzie wyglądała tak samo? Oczywiście nie. Każdy z nas bowiem idzie nią inaczej. Niektórzy zatrzymają się na pewnym etapie, lub będą się cofać i posuwać naprzód naprzemiennie. Droga do akceptacji zjawisk nie jest prosta i dosyć kręta. Od nas jednak tylko zależy, czy się w nią wybierzemy.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.